Jak zauważam, w dzisiejszej administracji i biznesie najgorszym doradcą stał się wieczny pośpiech. Z każdej strony słyszymy o natychmiastowych działaniach, pracy na wczoraj i działaniu pod dyktando uciekającego czasu. Kiedy na studiach MBA analizowałem zaawansowane modele zarządzania, teoretycy prześcigali się w sporządzaniu skomplikowanych tabel i wykresów optymalizacji. Jednak codzienna praktyka w gabinecie dyrektora uczy czegoś zupełnie innego: kluczem do sukcesu nie jest ślepy bieg, ale menedżerska asertywność.
Przez trzy dekady pracy zawodowej zrozumiałem, że najważniejszym zadaniem szefa wcale nie jest bezustanne poganianie ludzi. Moim nadrzędnym obowiązkiem jako lidera jest bycie „parasolem ochronnym” dla zespołu i dla procedur, których musimy pilnować.
Presja czasu bardzo często rodzi chaos, a to niestety najprostsza droga do popełniania błędów, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzi ochrona praw konsumentów czy egzekwowanie prawa. Asertywność menedżerska to dla mnie po prostu odwaga do powiedzenia „stop” w momentach, gdy czyjeś naciski, nerwowość czy nierealne terminy próbują zaburzyć wypracowany rytm pracy jednostki. Dojrzały lider musi umieć chłodno ocenić sytuację i potrafić zakomunikować, że rzetelność i jakość są ważniejsze niż pośpieszne działania.
Kiedy jednostka osiąga dobre wskaźniki, nie dzieje się to dlatego, że pracujemy w ciągłym stresie i pod presją zegarka. To efekt tego, że ludzie mają komfort psychiczny. Wiedzą, że w gabinecie siedzi człowiek, który w trudnym momencie weźmie na siebie odpowiedzialność i nie pozwoli, by zewnętrzne czynniki osłabiały ich codzienną, sumienną pracę. Transformacja cyfrowa i nowoczesne narzędzia, takie jak system EZD RP, mają nam w tym pomagać, ale to wciąż ludzka mądrość i stabilność lidera decydują o sile urzędu.
Prawdziwe przywództwo mierzy się spokojem w czasie burzy. Tylko grając w otwarte karty i chroniąc swój zespół, budujemy administrację, która cieszy się prawdziwym zaufaniem obywateli.
